piątek, 11 lipca 2014

Pierwsze wrażenia

Od przyjazdu tutaj minęło dopiero parę dni, ale już doświadczyłam paru rzeczy. Wciąż jednak nie potrafię ich dobrze ubrać w słowa. Peru jest krajem nieoczywistym, bardzo różnorodnym mimo stosunkowo jednolitego etnicznie społeczeństwa, pełnym kontrastów, piękna i biedoty.



 Oświetlona Lima widziana z samolotu wydawała się piękna i tajemnicza. Następnego dnia musiałam już o 9 rano wsiąść w autobus, którym miałam wyjechać na północ. Lima o poranku była brudna i szara, zatopiona we mgle, która podobno trwa w mieście ok. 300 dni w roku. Pierwsze parę ulic centrum przez które jechałam miało swój urok - z mgły i powietrza pełnego piachu wyłaniały się kolonialne budynki, które pomimo lepszego lub gorszego stanu wciąż zachwycały. Im dalej od centrum jedynymi budynkami były przyklejone jedna do drugiej przykłady peruwiańskiej samowoli budowlanej w ciągnących się kilometrami dzielnicach nędzy zwanych pueblos jovenes.



Najbardziej zaskakującym elementem dziewięciogodzinnej podróży klifem wzdłuż wybrzeża Peru był jednak sam autobus. Najpierw, kupując bilet musiałam pokazać paszport (standardowa praktyka tutaj, choć zwykle wystarcza im kopia), a mój bagaż oraz ja sama zostaliśmy przeskanowani niczym przed wejściem do samolotu. Patrząc na dworzec i otaczające mnie miasto spodziewałam się jakiejś podłej marszrutki, a zamiast tego wsiadłam do najwygodniejszego autobusu jakim jechałam w życiu. szerokie fotele rozkładane prawie do leżenia, podkładka pod nogi (nie pod stopy, a pod całe łydki!), która zwiększała komfort podczas snu, śniadanie, kawa, obiad z deserem, przyjazna selekcja filmów... Nijak do tego nie przystawało to, że hostessa nie umiała ni w ząb angielskiego, zdawała się nawet nie rozumieć moich najprostszych fraz, a obraz zza okna daleki był od komfortu wewnątrz. Wzdłuż całej autostrady Panamerykańskiej ciągnie się pustynia, z której okazjonalnie wyłaniają się zespoły niedokończonych budynków, z kilkoma pałętającymi się dziećmi i psami dookoła, za to zupełnie bez zieleni. Zastanawiam się jak ci ludzie tam żyją - nie widziałam ani źródła wody, ani roślinności, ani niczego, co mogliby wytwarzać i zamieniać na jedzenie..





... chwilowo tyle lektury, w następnym odcinku o cellulicie leczonym antybiotykami czyli mój pierwszy kontakt z peruwiańską służbą zdrowia :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz