poniedziałek, 7 lipca 2014

Huanchaco

My first 2 weeks in Peru I am going to spend in a lovely turistic town called Huanchaco. It is famous for caballitos de totora (little reed horses), traditional fishing boats which are actally still commonly used by the locals.




Second popular attraction is surfing and this is what I decided to try today. It always seemed too scary, too impossible. Getting to some point against the waves, catching the right wave and then finally, standing up on the board and not falling immedately out of that. The reality is.. not really far from my expectations. Staying on the board why laying flat and swimming towards the right point turned out to be the first challenge I didn't expect. It took me ages, so when I finally got to the right place in the ocean, I was ready to give up and not even trying to actually surf. But I did. The first few attemps were tragic, I didn't even have a chance to fall of the board since I couldn't stand up at all. Finally, I managed. Around 5 proud seconds of actuall standing on the board without support of my hands.



Moje dwa pierwsze tygodnie w Peru spędzam w Huanchaco, uroczej miejscowości turystycznej. Jest ona znana dzięki caballitos de totora (koniki z trzciny), tradycyjnym łodziom rybackim, używanym przez tubylców do dzisiaj. Rybacy wypływają na tych łódkach na morze uzbrojeni jedynie w wiosło i po chwili wracają z rybą w dłoni. Jak - nie mam pojęcia.




Druga atrakcja Huanchaco to surfing i tego właśnie postanowiłam dzisiaj spróbować. Surfowanie zawsze wydawało się zbyt przerażające, zbyt niemożliwe. Dopłyniecie do pewnego punktu na morzu mimo fal uderzających we mnie, złapanie dobrej fali i wreszcie ostatni wyczyn wstania na desce i nie spadnięcia z  niej natychmiast. Rzeczywistość okazała się być.. nie tak daleka od moich przewidywań. Pierwszym wyzwaniem, którego nie spodziewałam się zupełnie było utrzymanie się na desce leżąc na niej. Dotarcie do mojego instruktora zajęło mi wieczność, więc gdy udało mi się w końcu dotrzeć do właściwego miejsca na oceanie, byłam gotowa zrezygnować i nawet nie próbować właściwego surfowania. Skoro jednak byłam już w dobrym miejscu, głupio było tego nie wykorzystać. Pierwsze próby były tragiczne, nie miałam nawet jak spaść z deski, bo nie potragiłam na niej stanać. W końcu, udało się. Około pięć dumnych sekund stania bez podpierania się rękami. Zaskakujące jest to, że gdy złapie się fale, deska, która wcześniej trzęsła się jak szalona, robi się stabilna i to strach przed upadkiem jest siłą ciągnącą w dół.




1 komentarz:

  1. Gratuluję pierwszych niesamowitych wrażeń! Zbieraj wszystkie i opisuj...a fale niech robzijają się o brzegi marzeń... :) Aś

    OdpowiedzUsuń