czwartek, 11 września 2014

Huancayo czyli wycieczki po Centralnych Andach

 Podróżowanie według wskazówek, porad i gościnności Peruwiańczyków jest interesującym doświadczeniem. Centralne Andy, w których mieszkam to teren bardzo mało turystyczny, na co duży wpływ mieli terroryści ze Świetlistego Szlaku (Sendero Luminoso), którzy w latach 80tych i 90tych sprawili, że turyści nie mieli prawa tutaj wjeżdżać, a sami Peruwiańczycy nie tylko bali się podróżować, ale także wychodzić z domów po nastaniu godziny policyjnej. Rozmawiając nawet z mieszkańcami naszej Palca można usłyszeć o egzekucjach, które odbywały się na głównym placu miasteczka. I choć teraz jest tu dosyć bezpiecznie, zagraniczni turyści goszczą tu bardzo rzadko, za to ci, którzy już dotrą mają okazję obcować z kulturą peruwiańską w najmniej zmienionej formie. Wiele kobiet wciąż nosi na co dzień tradycyjne stroje, w celebracjach takich jak Semana Santa (Wielki Tydzień) czy sierpniowe Santiago uczestniczy cała kilkudziesięcioosobowa rodzina, widok gringi (takiej jak ja) wciąż budzi spore poruszenie. 




Znudzone naszym małomiasteczkowym życiem postanowiłyśmy w pewien weekend pojechać do Huancayo, największego miasta w regionie, absolutnie wszyscy mieli więc coś do powiedzenia w sprawie naszego wyjazdu. Oczywiście nie było mowy o spaniu w hostelu, bo przecież mama szwagierki naszej host-mamy mieszka w Huancayo, musimy więc koniecznie się tam zatrzymać. Dzięki poradom jak tanio i szybko dojechać do Huancayo, nasza podróż wydłużyła się dwukrotnie Przestrzegano nas wiele razy przed zimnem (okazało się, że jest dużo cieplej niż w miasteczku, gdzie mieszkamy) oraz czychającymi na nas niebezpieczeństwami. Gdy już dotarłyśmy do domu mamy szwagierki naszej host-mamy, zostałyśmy nakarmione i zabrane na urodziny do wujka. Peruwiańska idea podróżowania polega na odwiedzaniu rodziny i wspólnym jedzeniu. Musiałyśmy więc spędzić trochę czasu pijąc unia de gato domowej roboty, oraz tłumacząc się, dlaczego nie zjemy świnki duszonej w beczce i dlaczego po 2 godzinach spędzonych z rodziną chciałybyśmy w końcu zobaczyć trochę miasta.

 


Huancayo rzeczywiście przypadło nam do gustu – ciekawe parki, żywe centrum, niedzielny jarmark z ręcznie robioną biżuterią, torbami oraz wszelkimi dobrami tkanymi z wełny alpaki. Mój przewodnik radził też zobaczyć Tore Tore – dziwne konstrukcje skalne na obrzeżach miasta. Tutaj głos zabrali nasi gospodarze, stwierdzając, że jest to po pierwsze miejsce bardzo niebezpieczne, a po drugie zupełnie nieciekawe i lepiej byłoby spędzić czas na pikniku. Jako zupełnie niekulturalni goście, postanowiłyśmy jednak dotrzeć do Tore Tore, które okazało się jednym z najbardziej niezwykłych miejsc jakie dotąd widziałam. Nazwa Tore oznacza wieżę, co doskonale oddaje wygląd smukłych czerwonawych konstrukcji skalnych, które jak dla mnie mogłby śmiało istnieć gdzieś na Marsie.



Zostawiając Huancayo z pewnym niedosytem, zahczyłyśmy tylko w drodze powrotnej o jezioro Paca (3418 mnpm) gdzie zostałyśmy do zachodu słońca, w międzyczasie po raz pierwszy poznając z bliska lamę i alpakę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz